mastema blog

Twój nowy blog

A zatem… Stało się.
Nowy blog założony, oszablonowany.
Nie ma to jak powrót do starszego imienia.
Szukajcie mnie więc na
http://mictlancihuntl.ownlog.com
. Tam zostanę pewnie przez kolejne dwa lata (chyba że wcześniej weźmie mnie cholera).

Ze spraw technicznych:
1. Jako, że powracam do imienia Mictlancihuntl, komentarze u Was mogą być nim podpisywane, więc się nie dziwić, a zapamiętać, kim jestem. (A jestem Nostaven Mastemą Mictlancihuntl.)
2. Chyba wszyscy, którzy byli u mnie w linkach tutaj, są też tam, nie martwcie się, sasasa.
3. Wybrałam ownlog.com jeszcze zanim mi go poleciłaś, Amalie. Aczkolwiek nie zmienia to faktu, że na razie mi się tam podoba, więc może i miałaś rację.

Do widzenia TAM.

Dobry-kurwa-wieczór.
Nadaję się dziś tylko do niczego. Nie wiem co prawda, jak nic wygląda, ale jestem pewna, że z tym akurat bym sobie poradziła. Raczej.
Jestem wściekła, z wściekłości roztrzęsiona, z roztrzęsienia płaczę, a jak płaczę, to mi smutno. A potem się wściekam, że się smucę. Uroboros.

Bloga tego mam dość, więc go oficjalnie zamykam.

Jak tylko wpadnę na jakąś nazwę na bloga nowego, to informacja ta znajdzie się tutaj, tak, żebym przypadkiem nie zapomniała.
(Decyzja o zamknięciu tego przybytku nie jest prawomocna, może odwołam się do wyższej instancji – rozsądku i setymentu.)

Bo przecież tak ogólnie, to jest wspaniale. Ręce gryzą mi się ze sobą, przed oczami pięknieje mi róża o dwóch kolcach. Czas do wakacji mija mi zbyt szybko i zbyt samotnie, ale na to nic nie poradzę. Bańki pękają, zanim dotkną podłogi. A truskawek zawsze zbyt mało.
Na dA wyszło mi cholernie mroczne ID, aż mnie mój Anioł nie rozpoznał. Uuu.

A mówiłam już, że jestem roztrzęsiona? Z wściekłości roztrzęsiona. Wściekła, bo…

Powieki opadają powoli, na samo dno. Ciągną za sobą sieć rzęs, w którą się biedne zaplątały. Ich srebrzyste płetwy poruszają się coraz wolniej w gęstym jak smoła powietrzu, a ogon słabnie… i słabnie… z sekundy na sekundę. To dlatego, że rzęsy poklejone pajęczyną. [Mastema zorientowała się, że to już z całkiem innej bajki...]

Działam jak dziadek do orzechów.
Hmm. Jak dziewczynka do kubków.
Kubek pomarańczowy (czyt.: zielony), pełny czarnej herbaty, z jednym uszkiem i już bez kończyn. A ja zaciskam bezmyślnie zęby na jego wschodniej krawędzi. Mocniej i mocniej. I tylko kot słyszy, jak potem wściekając się rwę włosy z głowy. Jak ja wyglądam, bez zębów…? Zostały, wbite w kubek, wbite w słonecznożółte rozgoryczenie.
Nie mam szans na obronę, zatrzaśnięto za mną drzwi. Teraz siadam cicho, bez sprzeciwu (wiem, wiem, sama zawiniłam, a za błędy przeszłości sie płaci) pod ceglaną ścianą i spoglądam na świat zza-nie-okna. Bo kraty są zbyt grube, aby wpuścić mi choć odrobinę rzeczywistości, obronić od absurdu zamknięcia. A łańcuchy na dłoniach, stopach i ustach tak niemiłosiernie ciężkie (ale czego ja się innego spodziewałam?).
A z sufitu cieknie cukier cudzych oskarżeń. „Bo jeśli to ona, to co ja mam zrobić?”, „Ale przecież nic takiego sie jej wcześniej nie zdarzało… Chyba…” Tylko kulę się w myślach i przytakuję, ironizując ruch głowy lekkim jej przekrzywieniem w lewo.
Bo co z tego, że mi gratulują, że są dumni, że się cieszą, skoro i tak zamknęli w pokoju bez ceglanych ścian. (Nawet murów nie ma, czego ja się przytrzymam, jak będę pijana?)

A Chieftainsi skrzeczą szyderczo przez sieć starych głośników.

["Angels and demons dancing in my head, lunatics and monsters underneath my bed."]

…to znaczy umierać z bólu ucha, trząść się od panującego wokół chłodu, denerwować się migotaniem kolczyka powieszonego na lampie. A kiedy tylko dotknę swojej dłoni, przekonam się, jak gładka może być skóra. Ale wcale tu Tobą nie pachnie… Ty zbyt dziś daleko. I tylko Twoje konwaliowe pióra… [Z resztą, Ty i tak wszystko wiesz.]

Ale gdy spojrzę na świat oczami, tymi prawdziwymi, zobaczę własny uśmiech skryty w Twoich okrągłych źrenicach. I koniec świata, cały we mgle. Taki pięknie tajemniczy, bo czekający, aż go odkryjemy. [Za oknem przejechała śmieciarka. Pod prąd.]

Marzenia się spełniają, a życie potrafi być taaaakie piękne. Pomimo, że posiada ono jeden aspekt, z którego wcale nie jestem zadowolona. Śmierć. Czająca się za każdą brudną szybą i w najmniejszym nawet przejawie niematerialności (o materii już nawet nie wspominając). Słyszę ją codzień, choć telewizor z premedytacją pozostawiam zakneblowany. Nie pomaga. Ratunku?!

[Szykują się zmiany, hihihi. Zagłębiam się w świat pełen absurdu, który pomaga mi osiągnąć specyficzny rodzaj wewnętrznej harmonii. Ale o tym jeszcze ci-cho-sza.]

Kwiatnie kasztanowiec. Kwity na drzewach.

Coraz bardziej mam ochotę wstać i wyjść z siebie. Może wtedy mogłabym pójść gdzieś, gdzie tylko oczy poniosą.
Co z tego, że czasy złe, że Szatan całkiem nowy, silniejszy. Żyć trzeba, a ja powoli się duszę. Szare obłoki kurzu, unoszące się tuż nad moimi marzeniami. Nie ma sensu czekać, aż opadną na ziemię.
Melancholii z lubością się poddaję, słuchając śpiewu ptaków tuż po deszczu. [I głośno do nich krzyczę, ale one i tak nie zwracają na mnie uwagi.] A mimo wszystko, w serce się wkrada słodka beztroska, skłaniająca do włóczykijstwa.

Budynki przytłaczają swoimi ciemnymi kształtami, a szatan ma na imię Filip [i mieszka w księgarni, drań jeden - też bym chciała]. Niebo takie ograniczone, a ja chyba wraz z nim. I dźwięk kroków. Nieustanny tupot, taki smutny, taki asfaltowo-betonowy.
I spróbuj tu chronić się przed stagnacją. Rękami i nogami się trzymam nurtu. Jakoś na razie mi wychodzi. [Zauważyłam już, że czas płynie na moją korzyść. Hmm. Wszystko się dzieje na moją korzyść, jeśli już się dzieje.]

I trochę wbrew sobie czekam na te kilka dni wakacji. Trzeba będzie je przeżyć jak najlepiej, pomimo wszystko. [Ciepły uśmiech w stronę nieba, ono już wie, gdzie go dalej skierować.]

Przecież i tak będzie dobrze, nieważne jak.

I’m Alive!

6 komentarzy

Znalazłam COŚ tuż-obok.
Znalazłam razem z Jakociem, znalazłam coś dużego, pustego i martwego. Całkiem pociągającego. Nie świadczy to oczywiście o mojej nekrofilii (o niej świadczy zapewne coś zupełnie innego).
A było to tak.
Szłam z Jakociem. Szliśmy Sienkiewicza, Dąbrowskiego, Lompy, Powstańców, Francuską, cmentarzem. Potem obok biblioteki, huśtawek, na Schody-do-Nikąd (posłuchać przez chwilę moich kochanych kurwa-nazi). I znów – Dąbrowskiego, Plebiscytową. A potem znaleźliśmy TO. Ja – zszokowana do granic wytrzymałości, Jakoć – … Sama nie wiem jaki.

I już wiem, że będzie mnie tam dużo. Bo to wszystko TAM wygląda jak cały wszechświat, zamknięty w butelce.

["I tak bez końca" - oświadczył kapsel od Tymbarka.]

pusto

3 komentarzy

[Tu miała być notka o:

- Jakociu.
- waszym kretyniźmie (oczywiście nie *Waszym*).
- całkowitym braku schiz.
- zwijaniu się w kłębek u Twoich stóp.

Notka takowa została zgubiona przez mój ukochany serwis blog.pl, zatem jej nie będzie.]

Biegam po całej komnacie, z uporem maniaka pragnąc kopnąć stół, który bez przerwy mi umyka.
Wyskakuję ludziom z rękawów i znikam w nagłym rozbłysku światła.
Siedzę, a mnie nie ma, wstaję, a się pojawiam, przeźroczeję, chodzę z własną głową pod pachą, skaczę z klifu wprost w morską toń.

A oprócz tego, to mój przyjaciel Iwan mieszka w Moskwie i nie istnieje.

Jestem jak piłka tenisowa. Taka mała, miękka, zielona i mi odbija z jednej strony na drugą.

Z niecierpliwością oczekuję „Shi mian mai fu”, oczekuję każdego czasu, byle nie teraz. Bo siedzę sama i jest mi zimno. [To zamknij okno, kretynko!] I marszczę brwi, sama bowiem nie wiem, co mam na siebie poradzić. Denerwuje mnie moja antyodpowiedzialność, antykonsekwencja, i denerwuje mnie towszystkowogóle.

Oczy mi się powoli zamykają, a ja ciągle siedzę przed monitorem. Trzecią noc z rzędu.. Grrr.

Wszystko dlatego, że Dulska nie kochała Wołodyjowskiego i było mu smutno (niekoniecznie z tego powodu).

133

4 komentarzy

Czerń nocy, złoto ognia i zieleń oświetlanej mogotliwym światłem trawy. I cisza, falująca niezliczonymi szeptami tysięcy ludzi.
Uderzyła mnie tylko niesprawiedliwość. Ci, którzy swoje życie przeżyli tak, ze niemożliwoscią byłoby przeżyć je lepiej – ci otrzymują całe miliardy łez, choć wcale nie są one potrzebne. A ci, którzy tak naprawdę jeszcze żyć nie zaczęli – nie mogą dostać nawet sekundy czasu na dokończenie swych spraw…

Ale może i tak znalazłabym tam swego Boga, gdyby wosk nie zaczął kapać mi na dłoń…

„A ponieważ był to bal przebierańców, wujek Franek przebrał się za królika, a Scotty Pippen był przebrany za kaczora Donalda. Paweł Nastula był fordem fiesta, Jordan był diskdżokejem. Bal był fantastyczny, tańczyli do piątej rano, a potem rozjechali się fordem fiestą do domów.”

Ja już mówiłam, że świat mi umiera. Kończy się, z dnia na dzień coraz go mniej, nawet ja znikam od czasu do czasu. Ciekawe, tak sobie zanieistnieć i tylko kasować kretyńskie komentarze i z uprzejmym uśmiechem ignorować zachęty do podglądania czyichś myśli.

„Jak już dzwonisz po pomoc, to lepiej do straży pożarnej, bo Zorro za dużo gada.”


  • RSS